|
Archiwum
Zakładki:
A ku ku
Ile łasiczek chodzi wokół sześciu sosen?
Kliknij tu!
Mozesz pomóc!!! Krewni i znajomi
Portugalia
Praktyczna baryleczka
Szef kuchni poleca
W sieci znalezione
|
środa, 20 lipca 2005
obiecane ilustracje
Obiecane dwa wpisy wczesniej rozrywki burzujow mozna sobie obejrzec tu, tu i tu. Oraz tam gdzie zainteresowani wiedza a niektorzy paranoja ogarnieci raban robia, gdy zlinkujemy :)
sobota, 16 lipca 2005
zza sztachet
Zawsze, gdy wychodzimy albo wracamy do domu, zza sztachet wyglada do nas czarny nos i bialy psi pysk. Czasem zanim nos zatknie sie w swoje stale miejsce miedzy sztachetami, cztery lapy wykonuja najpierw taniec radosci a ogon od merdania malo nie odpadnie. Jednym slowem oswoilismy Franciszke. Gadamy do niej zawsze i zawsze po polsku, dzieki czemu naszych gosci rowniez po polsku do niej gadajacych przyjela najnaturalniej w swiecie jako czlonkow stada i bardzo rada byla temu, ze przez pare dni glaskalo ja i drapalo za uszami osiem rak a nie cztery. Nastal nam w Portugalii pies sztachetowy, i co my bez niego w starym kraju poczniemy? Bo nie jestem pewna, czy wlasciciele chetnie sie z nim rozstana... Franciszko, Franciszko!
juz niedlugo...
...pewnie sobie stad pojedziemy. A na razie wciaz jeszcze cieszac sie Sintra i latem oddajemy sie tak burzujskim rozrywkom, jak spedzenie calego dnia na lezaku przy basenie z widokiem na morze. Co tez mialo miejsce w dniu wczorajszym i niniejszym fakt ten postanowilam uwiecznic. Gdy po raz kolejny dopasc sie uda polaczenie ze swiatem, moze nawet zostanie on zilustrowany. O!
piątek, 08 lipca 2005
Kuplety Skimbleshanksa
Gwałtu,
rety, co się dzieje! To
nie tajfun, moi mili, I
nie żadne terramoto Notka: kuplety nie miały szczęścia do sieci. Napisane ponad tydzień temu jako odtrutka na gwałtowny atak sprzątania, wywołany spodziewanym przyjazdem gości, miały zawisnąć w ubiegły poniedziałek, ale najpierw drugikoniecświata zabiła się o szklane drzwi w supermarkecie (oglądaliście ,,Pechowca''?) i nie zdążyła ich zamieścić, potem byli goście, a na koniec okazało się, że jak już udało mi się dorwać do sieci i je powiesić, to z niejasnych powodów niektóre przeglądarki (Interner Explorer, żeby nazwać rzecz po imieniu) nie chcą ich pokazywać.
poniedziałek, 27 czerwca 2005
na plażę
Na plażę można jeździć tramwajem (o tym już było) lub autobusem. Zważywszy wszystkie za i przeciw wybraliśmy tramwaj. Jednym z kluczowych za (zów?) była cena biletu, która - gdy ostatnio w ten sposób się przemieszczaliśmy -wynosiła 1 euro, wobec 2,5 za autobus. Usadowieni więc w tramwaju przygotowujemy gotówkę na przyjście pana z biletami. A tu niespodzianka, a nawet dwie. Po pierwsze, pani, a nie pan. A po drugie, pani chce od nas 4 euro a nie 2. Pytam zdziwiona: hm... była jakaś podwyżka? Pani na to: a była. Dziwię się coraz bardziej: o 100%??? A pani mówi, że właśnie tak, i nie dziwi się wcale. No tak, to w sumie Portugalia. Starzeję się, czy co, że mnie takie poczynania bulwersują?
Wypisy z Herodota
I 133 [O Persach]: Mają oni w zwyczaju po pijanenu obradować nad najbardziej poważnymi sprawami; co zaś podczas obrad postanowią, to nazajutrz trzeźwym przedkłada gospodarz domu, u którego się naradzali. I jeżeli to im także w trzeźwym spodoba się stanie, rzecz wykonują; jeżeli nie spodoba się, odrzucają. A co na trzeźwo przedtem uradzili, to po pijanemu jeszcze raz biorą pod rozwagę. [tłum. S. Hammer] Z cyklu ,,słynne ostatnie słowa"
Daj spokój, morze jest daleko! (Skimbleshanks, układając się na plaży podczas przypływu, 10 metrów poza --- jego zdaniem --- zasięgiem fal).
czwartek, 23 czerwca 2005
co pływa, a co chodzi
Łódź podwodna jest określeniem peioratywnym i broń panie Boże użyć go przy kimś z załogi takiej łodzi (no, chyba że żółtej), a okręt nie płynie, bo pływa to g. - oto jak powiększyły się przed chwilą moje wiadomości z zakresu wojskowości. Otóż okręt idzie, mili państwo, idzie! Sam pan pułkownik mi to powiedział.
wtorek, 21 czerwca 2005
na rowerze
Zainspirowana optymistyczną notką u mkw, postanowiłam na dobry początek rozwinąć zapoczątkowany onegdaj wątek rowerowy. Mianowicie nasze rowery są the best. Obecna opowieść po prawdzie nieco przeterminowana, ale zawsze krew w żyłach mrożąca... Ogólnie nie daliśmy się zniechęcić przeciwnościom: nabyliśmy w sklepie dwa pedały, u Chińczyka komplet kluczy, i postanowiliśmy zawalczyć. Wszystko wyglądało tak pięknie, że pokusa rowerowej wyprawy stała się zbyt silna. Plecak więc spakowany, w nim mapa, pociągi ktorymi można rowery wozić wytypowane. Budzik dzwoni o barbarzyńskiej porze, a my dzielnie wstajemy i ruszamy. Na dobry początek nie było pociągu, bo zaspane ślepia źle przeczytały rozkład jazdy. A pociągiem mieliśmy dojechać do drugiego, tego zasadniczego. Czasu oczywiście na styk. Chwila konsternacji, i szybka decyzja: to moze na rowerach zdążymy? Adrenalina wzrasta coraz bardziej, do odjazdu 6 minut, a my wciąż nie na stacji. Wtedy spadł łańcuch. Ha. Cóż robić, siła wyższa... Z pewnym wysiłkiem udało nam się o świcie łańcuch założyć. W tempie spacerowym ruszamy w kierunku stacji, bo następny pociąg nie tak szybko. Ale wtedy nastąpiłą eskalacja katastrof: odpadł pedał tym razem od mojego środka lokomocji. Szczęśliwie lewy, taki mieliśmy jeszcze w zapasie. Ale niestety nie przy sobie. Tak to zakończyła się nasza dumna i długa wyprawa. Po powrocie do domu, odespaniu porannej pobudki ("wiesz co... śniło mi się, że pojechaliśmy do Sintry, bo mieliśmy gdzieś jechać pociągiem... ale ten pociąg nie przyjechał... więc pojechaliśmy do innej miejscowości, z której miał jechać inny pociąg... ale po drodze spadł mi łańcuch, a tobie złamał się pedał..."), wreszcie - wymianie pedała - ruszyliśmy na podbój okolicy, którego bilans sprowadził się do: 1) zamku zbudowanego na plaży z wieżą w stanie ruiny Rower otrzymał swą ostatnią szansę w postaci pompki i czeka teraz na powrót łańcucha na właściwe miejsce. O stanie zmagań będziemy pt. czytelników informować na bieżąco. A mi dzisiaj rower umożliwił zdążenie na pociąg, i chwała mu za to. Nawet nic po drodze nie odpadło. no tak
Znowu obsuw. Cierpliwym czytelnikom przyjdzie z gory podziekowac za wyrozumialosc. Bo tak jakos im blizej do powrotu na ojczyzny lono, i im dalej od stalego przypiecia do magicznego sieciowego kabelka, tym mniej regularnie sie bloguje...
czwartek, 09 czerwca 2005
same święta
A tu znowu jakieś święta... Jutro wolne w całej Portugalii, bo święto narodowe, a w poniedziałek wolne w Lizbonie, z okazji Świętego Antoniego. Nie ma to jak narodowe świętowanie i długie weekendy. A oto krótkie podsumowanie na ten rok: 8 lutego – Trzech króli? Przykrą wiadomością jest natomiast to, że portugalskie dzieci NIE MAJĄ ferii zimowych. W ogóle. Tzn. mają na Boże Narodzenie, i potem tydzień na Wielkanoc, co automatycznie dzieli im rok na trzy trymestry. Smutne, prawda? Gdy to usłyszałam, już dość dawno temu, podzieliłam się informacją z pewną Rumunką. I w wyniku tak rozpoczętej konwersacji dowiedziałam się jeszcze, że w Rumunii chodzi się do szkoły i pracy na 7 rano. Brrrrrrrr. |